Blog

opowieść laktacyjna nr 7

opowieść  laktacyjna nr 7

Moja mleczna droga rozpoczęła się na dość długo przed zajściem w ciążę.

Nastawiałam się na karmienie piersią od zawsze. Od zawsze też, bałam się, iż przez moją niedoczynną tarczycę może się to nie udać.

Droga do wymarzonych dwóch kresek na teście była bardzo wyboista i mokra {od moich łez}

Ale udało się.

12 marca 2013 trafiłam na porodówkę. Przedwcześnie jednak. Pozostawiono mnie na patologii ciąży ze względu na postępujące w ślimaczym tempie rozwarcie i GBS-a.

2 tygodnie oczekiwania, w obcym miejscu, bez męża.

Poród został wywołany 25.03 za pomocą oksytocyny. Niestety skończył się cesarskim cięciem.

– Ale jak to? Przecież po cc są trudności z karmieniem! Ja nie chcę – szeptałam mężowi, wijąc się między skurczami.

Nasłuchałam się i naczytałam historii o tym, że do rozbudzenia laktacji potrzebny jest fizjologiczny wyrzut oksytocyny i prolaktyny, że stres przyczynia się do zahamowania, że cesarka może zburzyć moje marzenia.

Kiedy wydobyli synka, przystawili mi go na 20 sekund do twarzy, zdążyłam go pocałować i zabrano go na standardowe mierzenie i ważenie. Wsłuchiwałam się w Jego leciutkie łkanie i wyczekiwałam momentu, kiedy będę mogła go przytulić – nie przyszedł zbyt szybko.

Nasze drogi poprowadziły w różnych kierunkach – na dwa różne oddziały. Ja wróciłam na salę pooperacyjną, a synek na obserwację na oddział noworodkowy.

Czekałam trzy godziny nim przyjechał w plastikowym kubełku na kółeczkach.

Położona noworodkowa chwyciła moją brodawkę i dość mocno ścisnęła.

„Tu mleka to nie będzie, ale niech zliże chociaż kilka kropel” – te słowa zdecydowanie nie były ani motywujące, ani wspierające.

Kiedy w końcu mój wyczekiwany synek dostał pozwolenie na całodobowy, a nawet całowieczny pobyt z moją osobą, próbowaliśmy samodzielnie naprawić to, co zostało nadpsute.

I tu pojawiły się kolejne schody.

Synek nie potrafił chwycić mojej nieprzyzwyczajonej brodawki, płakał, prężył się. Zaczęło się dokarmianie mieszanką.

– Oooo nie kochany, tak łatwo Ci nie odpuszczę – zawzięłam się.

Mąż dostarczył mi laktator i nakładki.

Co 2h ściągałam mleko, by w trzeciej godzinie podać Bartkowi chociaż te 30ml mojego mleczka.

Z każdym odciąganiem butelka napełniała się coraz bardziej, co motywowało mnie do dalszego brnięcia obraną drogą. Wiedziałam, że robię to dla Niego, że każda kropla mojego pokarmu jest ważna.

W trzeciej dobie Bartuś dostał żółtaczki. Poziom bilurbiny, utrzymywał się na bardzo wysokim poziomie przez tydzień. Podejrzewano nietolerancję laktozy, przez co został odstawiony od mojego pokarmu na dobę.

Drżącymi rękami odciągałam nadal, z nadzieją, że schowany w lodówce pokarm nie skończy w zlewie, a w brzuszku syna.

Na szczęście nie stwierdzono nietolerancji, a po naświetlaniach poziom zaczął spadać.

Mogliśmy wyjść do domu. Moja radość rozpromieniła chyba cały oddział patologii ciąży.

W domu, na spokojnie postanowiłam próbować dalej dostawiać synka bezpośrednio do piersi.

Malutki miewał momenty totalnej nerwicy, z którą na początku nie mogliśmy sobie poradzić i trzy razy dostał mieszankę.

Ale po około tygodniu {czyli miał miesiąc} złapał ! zaczęliśmy karmienie na pełen etat przez silikonowe nakładki MEDELA.

Bywały dni, że Bartuś nie mógł odkleić się od mojej piersi. Byłam przemęczona i sfrustrowana, ale dzielnie trwałam w swoim postanowieniu i wierzyłam, że kiedyś dojdziemy do pełnego zrozumienia. Nie bałam się prosić o pomoc w momencie kiedy, Bartek zaczął faworyzować jedną z piersi. Bez skrępowania odwiedziłam poradnię laktacyjną i panią która skorygowała i rozwiała moje wątpliwości.

Świadomość tego, że mogę być ze synkiem tak blisko, że dając mu cząstkę siebie pozwalam Mu na dobry start i buduję Mu system odpornościowy napełniała mnie dumą.

Nie wstydziłam się karmić w miejscach publicznych. Jeśli ktoś miał z tym problem – to jego problem. Moje dziecko było i jest ważniejsze, niż zdanie napotkanych, obcych ludzi. Od 5 miesiąca nie używamy nakładek, synek nauczył się pić bez nich.

Dziś Bartuś ma 14 miesięcy.

 Zajada normalne posiłki w ciągu dnia, lecz wieczorny seans przy maminej piersi pozostaje bez zmian. Kołysanka w tle, Jego rączka na mojej twarzy, lekki pomruk, od czasu do czasu uśmiech. Niejednokrotnie słyszałam, że powinnam go już odstawić, że jest duży i że na pewno po odstawieniu zacznie przesypiać noce {jak na razie mamy na koncie JEDNĄ przespaną…}.

 Nie mam serca zabierać Mu tego, skoro wciąż tego potrzebuje. Poza tym …

Wiem, że kiedy nadejdzie ten czas – będzie mi strasznie brakować tych NASZYCH momentów cudownej bliskości. Może tak bardzo jak i Jemu.

Nadesłała: Żaneta B.