Blog

opowieść laktacyjna 8

opowieść laktacyjna 8

Nie, nie widziałam siebie w tej cukierkowej scenie. Nie lubię widoku karmiących kobiet, mlecznej piersi, dziecięcych ust obejmujących brodawkę. Mimo tego wiedziałam, że niczym nie zastąpię mojego mleka i moje estetyczne ograniczenia nie mają tu nic do rzeczy – będę karmić dziecko, bo to dla niego najlepsze.

Ciąża bliźniacza, pierwsze bliźnię ułożone miednicowo, przedwczesna akcja porodowa, cięcie. Dwa zdrowe, choć hipotroficzne maluchy. Syn stale głodny, ale zupełnie nie umiejący ssać. Córka ssąca nieźle, ale niechętnie.

Oddział noworodkowy. Tabelka z informacją ile mleka danej doby powinny wypić dzieci. Laktator, odciąganie co 3 godziny – najpierw „na pusto”, stymulowanie piersi, z których przez pierwsze dwie doby nic nie leci. Trudno ćwiczyć ssanie u dzieci, bo trzeba najpierw odciągnąć „przepisową” ilość, podać, odnotować w tabelach, że zjadły. Przystawianie najedzonych dzieci do świeżo opróżnionych piersi nie ułatwiało nauki. Podobnie naloty położnych, bez słowa podchodzących do mojego łóżka, bez uprzedzenia i pytania o zgodę wyjmujących piersi z bielizny i mnących je, żeby upewnić się czy przystawiałam dziecko.

Już w szpitalu dzieciaki pokazały, że są wyjątkowe. Płakały dużo, głośno, nieutulenie. Położnych i lekarzy hipoteza pierwsza – głodne. Obalona. Hipoteza druga – „musiała pani coś zjeść”. Kierowana przez położne eliminowałam wszystko, co mogłoby zaszkodzić dzieciom. W końcu, kiedy lista dozwolonych produktów stopniała do pszennej bułki i wody (wyłącznie!), a płacz nie ustawał, uznałam ją za absurd. Ustalił się rytm dnia. Karmienie – około 45 minut, przewijanie i czynności higieniczne – 15 minut, tulenie i próby ukojenia płaczu i uśpienia – godzina. Odciąganie i sen dzieci – 30 minut. Mój sen – 15 minut. Jedzenie, prysznic – 15 minut. Karmienie – …

Wyszliśmy ze szpitala. Poradnia laktacyjna. Niekończące się wizyty, gniecenie i publiczne oględziny piersi. Wpychanie dzieciom piersi tak głęboko do buzi, że się nią dławią, że boją się, kiedy ją widzą. Doradczyni z certyfikatem IBCLC. „Prawidłowo nakarmione dziecko powinno usnąć przy piersi i spać około 3 godzin”. Jak to pani usypia godzinę? Jak to nie śpią równocześnie? Jak to pani nie karmi z obu piersi jednocześnie? Ano tak, że jedząc krzyczą, prężą, odginają tak bardzo, że karmię na środku dużego łóżka, bo zdarzyło się, że wyrywały mi się z rąk. Żeby nakarmić dziecko, potrzebuję obu rąk i obu nóg, żeby je utrzymać. Ćwiczenie ssania to jakiś żart. Samodzielne ogarnięcie dwójki nieustannie płaczących, słabo śpiących bliźniąt wymaga sprawnego nakarmienia, więc nadal odciągam 8x na dobę, w dzień i w nocy, szpitalny rytm dnia zachowany, wydłużają się okresy czuwania dzieci, więc muszę je jakoś zagospodarować podczas odciągania. Zawieszam zabawki na stopach i macham przed dziećmi.

Przypadkowo przechodząca przez poradnię neonatolog. Wywiad, badania. Diagnoza: nietolerancja laktozy. Laktaza nie dawała żadnych efektów. Piersi, niestymulowane przez dziecięce ssanie, powoli odmawiają współpracy. Mleka jest coraz mniej, a ja dokarmiam bezlaktozowym mm. Po wypiciu pierwszej butelki sztucznego mleka mój syn nie płacze, zasypia, buzia nie jest – jak zwykle – wykrzywiona i zapuchnięta od płaczu i bólu, tylko uśmiechnięta. Tym razem płaczę ja.

Pierwszego dnia ósmego miesiąca życia dzieci ściągam już tylko 10 ml mleka. Decyduję o tym, że skórka niewarta wyprawki. Chowam laktator. W kuchni stają puszki z mlekiem. Tak, zewsząd słyszę, że jestem leniwa, że nie dbam o zdrowie dzieci, że poszłam na łatwiznę. Tak, też tak uważam. Nigdy nie przestanę mieć wyrzutów sumienia. Mam nadzieję lada dzień zobaczyć dwie kreski na ciążowym teście. Nadal nie podoba mi się widok karmiących mam. Po kilkumiesięcznej przyjaźni z laktatorem widok kobiecego mleka przyprawia mnie o mdłości. Będę karmić kolejne dziecko – piersią, z piersi. Pewnie tak długo, aż samo się odstawi. Nie pójdę na łatwiznę.

Marta