Blog

poród z drugiej strony douli

poród z drugiej strony douli

telefon rozbrzmiewa o 4:48. to musi być ona. tylko ona może dzwonić o takiej godzinie.

czekałam na ten telefon, od kilkunastu dni nie wyłączałam głosu, by na pewno usłyszeć. wyskakuję z łóżka, by nie obudzić męża i dziewczyn i oddzwaniam. informuje mnie, że skurcze pojawiły się o 4, że są co 2,5 minuty, że kąpiel, że pojawiła się krew i to na pewno nic takiego, ale wolą pojechać do szpitala. Nie, jeszcze nie mam przyjeżdżać, dadzą mi znać, co powie lekarz na izbie.

włączam komputer, piszę maile, w których informuję, że odwołuję dzisiejsze zajęcia z powodu spodziewanego porodu. nie wiem, o której, ale czuję, że to wydarzy się dziś. wiadomości czekają niewysłane – wyślę je, gdy będę wiedziała, że nie zostali odesłani do domu. staję przy parapecie, uspokajam oddech, patrzę na budzący się dzień.

piękny dzień, by przyjść na świat.

wślizguję się jeszcze do łóżka, jest 5:20, wiem, że B. za chwilę przebudzi się na poranne mleko. odpoczywam, nie mogąc zasnąć – wiem jednak, że ważne jest, bym nie traciła niepotrzebnie energii, bo może być potrzebna później. karmię B. budzi się M. – szeptem informuję go, co się dzieje. powoli wszyscy wstajemy. M. szykuje się do pracy, T. do przedszkola. piszę do teściowej, by przybyła jak szybko się da. sprawdzam po raz kolejny, czy wszystko mam w torbie.

kolejny telefon. nic się nie dzieje, ktg w porządku, skurcze co 4,5 minuty, to może jeszcze długo potrwać. nie, jeszcze nie mam przyjeżdżać, nawet nie zostali przyjęci na oddział. podpowiadam, by poszli na spacer, albo by pojechali do domu na śniadanie, skoro mieszkają tak blisko szpitala. oboje są spokojni, ona pełna radości, że to już.

idę pod prysznic. myję włosy. to rytuał. woda mnie uspokaja, pozwala ułożyć myśli, przygotować się, skupiam uwagę na tym, co nas czeka. wyciszam się, koncentruję.

jem śniadanie z B., piję kawę. przychodzi teściowa. wysyłam maile i smsy. porządek jest potrzebny, by mieć czystą głowę i myśli. ustalam to, co mogę z M. w oczekiwaniu na kolejny telefon, krzątam się po domu. wstawiam zupę, przygotowuję produkty na obiad, by M. mógł go szybko przygotować, jak wróci z pracy. przeglądam notatki, materiały, by mieć pewność, że będę pamiętała, co robić w konkretnej sytuacji.

telefon. zostali w szpitalu, bo małe krwawienia, więc lekarz chce monitorować. ale nadal nic się nie dzieje. proponuję, że przyjadę i podpowiem co i jak. nie, jeszcze nie mam przyjeżdżać, jeszcze nie ma potrzeby. oni są razem, dobrze się czują, rozmawiają. jest dobrze i będą dawać znać.

waham się, bo chciałabym już, chciałabym działać, być pomocną. i wtedy przypominam sobie. „to jej poród”. tak, to jej poród, jej wyobrażenia, jej potrzeby. w jej głosie czuję przecież dobry nastrój, radość, wiem, że toczy się tak, jak chciała (wszyscy są dla niej bardzo mili, nikt nie próbował przekonywać do oksytocyny, gdy powiedziała, że nie chce). przychodzi akceptacja i zrozumienie. jestem gotowa. czekam.

 

to był dobry poród. potoczyło się nieoczekiwanie i nie do końca zgodnie z planem, ale był dobry. bo wiem, że ona będzie miała przekonanie, że była szanowana, że jej zdanie było ważne, że liczono się z nim, że miała wpływ na poród i rodziła wśród uśmiechów i szacunku. poród nie musi być przecież idealny. wystarczy, że będzie TWÓJ.