Blog

opowieść laktacyjna 5

opowieść laktacyjna 5
Od samego początku byłam nastawiona na to,ze będę karmić M. piersią.  Nie kupowałam butelek ani mleka modyfikowanego. Nie zakładałam,ze mogę mieć karmieniem jakiekolwiek kłopoty.  Przecież chciałam karmić i to powinno wystarczyć.  M. urodził się przy z CC ze wskazań okulistycznych. Pół godziny porodzie, kiedy dostałam Go do siebie, przyszła położna laktacyjna i rozpoczęła się walka… M. nie chciał jeść,wiec położna postanowiła na siłę wycisnąć z moich piersi siarę, by Mu ją dać. Zmasakrowała mi już i tak wrażliwe brodawki. Kiedy ze łzami w oczach mówiłam,ze to naprawdę sprawia mi ból, zostałam… wyśmiana. Ale M. siarę dostał.  Rozumiem, ze to bardzo ważne. Urodziłam w czwartek. Do niedzieli, kiedy wyszliśmy ze szpitala do domu, nasze karmienie to ból, łzy, krzyk jednych położnych i dla równowagi pocieszające słowa innych. Waga M. spadała, wiec dokarmiałam go mlekiem modyfikowanym po palcu ze strzykawki.  Walczyłam,ale mimo prawidłowego przystawiania ból był taki,ze dosłownie zagryzałam wargi i uderzałam głową o ścianę. Na sztucznym mleku M. zaczął przybierać.
W niedzielę wyszliśmy do domu, mąż kupił butelkę i mleko. Powiedziałam,ze się nie poddam,ale dziecko musi przecież coś jeść… Wieczorem czułam,ze coś się zaczyna dziać. Systematycznie,mimo bólu,  przystawiałam Synka do piersi.  Prawa jakby ruszyła,lewa nie. W nocy moje piersi urosły do rozmiarów piersi Pameli Anderson, były twarde i gorące.  Z tamtego dnia pamiętam głównie łzy,cierpienie,  strach i myśli, że bardzo chcę by ktoś mi pomógł. Miałam ogromne wsparcie w mężu. To on wykonał szybkie telefony do bardziej doświadczonych karmiących mam. Ciepły prysznic i lekki masaż piersi pomogły. Cały dzień spędziłam przystawiając M. do piersi i w końcu stało się.  Rzeka mleka ruszyła. Poleciały łzy szczęścia i od tej pory było już dobrze. Nie bez bólu,ale karmiłam.  A z czasem ból ustąpił.
Dziś M. ma ponad 14 miesięcy.  Już nie karmię,Synek sam zrezygnował.  Tęsknię czasem do tego.  I cieszę się, ze mimo małych trudności jednak się udało 😉
Katarzyna