Blog

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

Gdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy i trwało do 7 grudnia (na oddziale patologii ciąży), kiedy to test OCT potwierdził nieprawidłowe przepływy pępowinowe i zagrożenie życia dziecka, gdyby miało urodzić się drogami natury, po czym na świat przyszedł nasz malutek: 40-centymetrowa kruszynka Antosia… Malutka, ale zdrowa i cała i choć poród nie był taki, jak sobie wymarzyliśmy, do dziś jestem wdzięczna lekarzowi, temu „dość przypadkowemu, młodemu, sympatycznemu”, który jako jedyny z wszystkich specjalistów nas oglądających (w szpitalu zetknęłam się z kilkoma co najmniej) zauważył, że coś jest nie tak..

Rok po narodzinach Tosi, zaszłam w kolejną ciążę. Tym razem byłam ostrożna i nie miałam żadnych planów i oczekiwań. BA! Kilka razy nawet pomyślałam, że może lepiej cesarka? Bo już wiedziałam, jak to jest (dodam, że doszłam do siebie bardzo szybko), bo ta operacja uratowała zdrowie, a może życie mojej pierwszej córeczce, bo przecież nie wiedziałam, jak to jest rodzić siłami natury! A mój lekarz? Ten sam, który ocalił Tosię? Ten młody, sympatyczny, który uważa, że „dzieci to takie małe ssaczki”, bardzo rzeczowy, miłośnik polowań (o zgrozo dla mnie, wegetarianki!), którego dwójka dzieci przyszła na świat drogą cesarskiego cięcia? Ten oto lekarz od początku mi mówił, że zobaczymy i że nie widzi przeciwwskazań, bym urodziła drogami natury! Nigdy nie usłyszałam od niego, że cesarka lepsza, że VBAC (czyli vaginal birth after cesarean) będzie dla mnie niebezpieczny, że to głupota, że on się nie zgadza, etc. etc… Kontrolował malucha, kontrolował bliznę, kontrolował mnie i wciąż powtarzał – zobaczymy. I gdy teraz czytam o wszystkich problemach, jakie mają ze strony lekarzy kobiety, które po cesarskim cięciu chcą podjąć próbę porodu naturalnego, to z prawdziwą wdzięcznością (znów!) wspominam mojego lekarza prowadzącego. Że nie musiałam z nim walczyć, przekonywać, szukać kogoś innego. Bo nie wiem, czy miałabym siłę…

No dobrze, ale przyznać to muszę – lekarz mój nie jest jednak ideałem, ponieważ – teraz to wiem – niepotrzebnie kazał mi stawić się w szpitalu już 5 dni po terminie (drugiej córeczce nie spieszyło się, by przyjść na świat). Z perspektywy czasu rozumiem, o co chodziło – miał wtedy w szpitalu dyżur i był gotowy, by zrobić mi cesarskie cięcie, gdyby była taka potrzeba. NO więc wybaczam mu, ponieważ

DAŁ MI SZANSĘ NA NATURALNY PORÓD

choć w warunkach szpitalnych, choć indukowany oksytocyną, choć z nacięciem krocza i monitoringiem ktg…

i wiecie co?

NIE BYŁO POTRZEBY CESARSKIEGO CIĘCIA!!

Po całym dniu zmagań, po prysznicach, skakaniu na piłce, godzinach spędzonych z Mężem w sali pachnącej olejkiem lawendowym, po bolesnych skurczach, podczas których zdarzało mi się wątpić, czy dam radę, gazie rozweselającym, który szybko odrzuciłam w kąt, po tysiącu oddechów i 40 minutach bólów partych na świecie pojawiła się Blanka – moja druga córka, ważąca 3710 i mierząca 54cm….

Piękna, cała we krwi i mazi płodowej, położona natychmiast na moją klatkę piersiową… pamiętam każdą sekundę naszego powitania, pamiętam, jak wyszła ze mnie, by ucieszyć świat swoim istnieniem. Pamiętam ból i szczęście, łzy i uśmiechy. Pamiętam jej krzyk i jej milczenie.

I te dwie godziny razem, z Tatą u boku. I tę chwilę, gdy przyssała się do mojej piersi bez żadnego problemu, gdy zaczęła jeść, a ja się popłakałam. Z ulgi i szczęścia, że je – że potrafi i że dostanie moją siarę, ten magiczny płyn stworzony dla życia.

21 miesięcy po cesarskim cięciu urodziłam córkę drogami natury. Nie był to nadal mój wymarzony poród, ale widzicie ten przeskok? od CC do porodu SN? Wiem, że cesarskie cięcie bywa czasem kuszące, a kiedy indziej jest konieczne – dla zdrowia i/lub życia dziecka i/lub mamy. Ale to właśnie poród drogami natury jest najbardziej optymalnym sposobem przyjścia dziecka na świat (przypominam choćby film „Microbirth”). Dlatego gdyby przyszło mi jeszcze raz być w ciąży, wiem że znów będę chciała urodzić naturalnie.

A Wam wszystkim Drogie Mamy po cesarkach chcę powiedzieć – i to moje świadectwo – że poród siłami natury po cesarskim cięciu jest możliwy! Oczywiście, że nie zawsze, ale JEST! I życzę Wam, byście – jeśli się na to zdecydujecie – miały taką szansę!